święty Mikołaju…

Jutro Mikołajki… To piękne wspomnienie dzieciństwa, jak to cudowny święty z długą brodą przychodził z prezentami. Często przychodził naprawdę… Nie pod poduszką. Nie gdzie za drzwiami. Ale wchodził do domu w czerwonym stroju, z laską… I workiem prezentów. I kazał mówić pacierz… Dopiero potem poznałem, że to była Wawka albo Gaga. Tak nazywałem naszych sąsiadów, którzy byli dla mnie jak babcia i dziadek. Od dawna już nie żyją, ale są bliscy w moim sercu. Często o nich myślę jak o bezpiecznej przystani. To oni przebierali się za świętego Mikołaja. I wręczali prezenty. U nas w domu to 6 dzień grudnia był pod tym względem ważniejszy. Pod choinką prezenty były symboliczne. Te większe właśnie w Mikołajki. Pamiętam, jak dostałem takiego pluszowego, brązowego misia… Albo piłkarzyki. Do tej pory nie wiem, jak one znalazły się… tam, gdzie je znalazłem. Przecież chwilkę wcześniej tam byłem i ich nie było. Fajne wspomnienia…

Smutne wspomnienia. Bo z tego dziecka nie ma we mnie już chyba nic. Albo – przeciwnie jest we mnie zbyt dużo dziecka. Nie ma tej beztroski. Nie ma tej ufności. Nie ma radości. Jest dziecięcy lęk. I strach. I niepokój. I taka dziecinna zaborczość. Bo – jak się wczoraj dowiedziałem do A. to zerwane więzy bezpieczeństwa o wszystkich tym decydują. Ktoś gdzieś zrobił jakąś ranę… Może nie raz… Może niechcący… Na pewno niechcący… I ta rana jest… I ona trwa… I coś jakiś czas ktoś sypie na nią sól a ona o sobie przypomina. Częściej… Rzadziej… Rana co boli. Co szczypie. Co nie pozwala się skupić na czymś innym. Rana z dzieciństwa. Rana potem skuteczna powiększana i rozgrzebywana. Rana co boli. Rana co szczypie. Rana, co się nie chce zabliźnić.

Mikołajki… Dziś w nocy cudowny święty wejdzie przez komin i przyniesie pod poduszką prezenty. Niezwykła magia tej chwili. Co chciałbym dostać? Czy powstał listy do świętego? Coraz częściej myślę, że to czego pragnę to już chyba nigdy nie otrzymam. Spokoju. Pewnie, że wiem, że to w życiu gdzieś się bilansuje. Cierpienie psychiczne kontra cierpienie fizyczne. Jedni mają to… Inni walczą z tamtym… Więc może nie ma co narzekać… Tylko brać ten krzyż i dźwigać. Lepiej nie będzie. Wczoraj byłem u A. i to wiem… Nic nie można. Tylko się pogodzić. A jak się człowiek nie może pogodzić? Nie chce? Kiedy każdy dzień jest jedną wielką walką? Walczyć! Trzeba walczyć! A jak sił nie ma? A jak nie ma żadnego punktu zaczepienia? Żadnego światełka, które by gdzieś błyskało w tunelu. Nawet daleko… Gdzieś bardzo daleko. Bo i tak w z tyłu głowy stanie: wyjazd. I wszystko szlag trafił. Zaburzone więzy bezpieczeństwa. Definicja psychiatry. Mam to… Za dużo dziecka, które się boi porzucenia. Nie ma nadziei. Wezmę leki. Będę przytłumiony. Zaspany. Gdzieś tam odgrodzony od bodźców. Trochę spokojniejszy. Ale: wyjazd będzie.

Święty Mikołaju… Gdybyś potrafił obudzić we mnie dziecko… Ale tylko to pełne ufności… Wiary… Nadziei, że wszystko co najlepsze dopiero przede mną. Gdybyś dał mi taki dziecięcy spokój… Gdy dziecko śpi wtulone w ramiona swej mamy. Gdybyś potrafił przywrócić ten moment, gdy nie mogąc spać szedłem do łóżka rodziców i kładłem się między nich… Gdybyś  potrafił przywrócić do poczucie bliskości. Ciepła. Bez lęku. Strachu. Psychicznej bariery.  Gdybyś przyniósł mi cudowny, kochany święty to coś czego nadziej na dostanie już nie mam…

5 grudnia 2017  godz. 20.40

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>