trzy pogrzeby…

Byliśmy wczoraj na pogrzebie Krzysia. Rak go powalił. 47 lat. Biorą już z mojej półki. Swoją drogą w tym roku żadnego chrztu. Żadnego ślubu. Za to trzy pogrzeby. Znak czasu? Jak się idzie po takim cmentarzu jak na Bródnie, widać, jak wielką wartość ma życie. To znaczy można odnieść wrażenie, że nie ma żadnego. Czym się tu przejmować? Czym ekscytować? I tak trafi się do takiej fabryki cmentarnej, co to jeden karawan odjeżdża, a drugi podjeżdża. A ksiądz musi cały czas zerkać na karteczkę, by wiedzieć, jak zmarły miał na imię. Nie musi tak być oczywiście. Ale często tak jest… Zwłaszcza, gdy zmarły z kościołem nie miał po drodze. Wtedy ten pogrzeb to taki trochę teatr. Choć…mądrze powiedział ksiądz na kazaniu… Że, owszem, stajemy przed Bogiem i usłyszymy pytanie, czy się w życiu modliliśmy… Ale usłyszymy też pytanie, czy byliśmy dobrymi ludźmi. Bo sama modlitwa to nic. Być dobrym. I kochać innych. To sztuka. Tak to trochę koresponduje z tym, co ostatnio pisałem, że nie sztuką jest kochać Boga. Bo on jest dobry. Sztuką jest kochać drugiego człowieka. Który idealny nie bywa. A może jeszcze większą sztuką jest kochać samego siebie? Zwłaszcza, gdy wymagania ma się ogromne…

A ja? Uciekam coraz bardziej. Przed życiem. Gdzieś do środka. Kulę się i obejmuję rękami, jakbym chciał się zamknąć i odciąć od tego świata. Od tych wszystkich bodźców, które powodują, że muszę analizować, czy jak się uderzam w głowę pięścią to musi to bardziej boleć niż tylko palcem? I dlaczego boli bardziej, jak jest odpowiednio ułożona ręka. A w innych przypadkach boli mniej? Bo może decyduje foremka, w którą się uderza. A dziś było jeszcze o ścianie, która jest za murem. O kokpicie samochodu. Od rana do nocy. A co gorsze narasta autoagresja. W tę głowę walę cię częściej i mocniej. Nie cierpię przegrywać. Nawet grając z małymi dziećmi na boisku. A tu przegrywam. Na całej linii. Tak źle nie było dawno. Straszliwa pętla, z której nie mogę się wyrwać. Nie potrafię. Może też trochę nie chcę? Bo wydaje mi się, że już normalnie nie byłbym w stanie funkcjonować. A przecież coś robię. Ile mógłbym robić, gdyby nie to, że godziny poświęcam ma analizowanie swojego świata?

Modlę się do św. Rity. Patronki spraw beznadziejnych. Nie pomaga. Teraz jeszcze dochodzi to poczucie braku bezpieczeństwa. Niepewność. Brak spokoju. Wiem, że inaczej się podobno nie dało. Ale mnie to rani. Bez względu na wszystko. Lata niepewności. Znów dam radę? A jak nie dam? Kolejne słowo, które budzi mój potworny lęk. I sprawia, że nic się  nie chce. Depresja? Nie wiem. Chyba nie. Brak światełka w tunelu. Żadnego. Dzień wstaje po to, by się skończyć. Co robić? Nie wiem. Nic już nie wiem. Pójdę za kilka dni do psychiatry. Chyba muszę znów zacząć brak leki. By się bardziej odciąć. Bo nie daję rady. Wiem… Wiem. Od strony psychologicznej wiem dużo… Że to tak nie przejdzie, że muszę się akceptować… Nie mogę. Nie chcę. Bo to boli. Psychicznie. Fizycznie. Boli. Nie chcę się.

Co mam robić? Panie Boże co?

29 listopada 2017 godz. 21.23

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>