szczęście nie ma adresu…

To jeszcze ja… Choć czy na pewno ja? Nie podpalę się jak Szary Człowiek. Nie mam odwagi. I takiej desperacji. Poza tym jestem egoistą.  Gdybym to ja miał być przyczyną to może jeszcze… Ale politycy? Rząd? Kraj? Coraz mniej mnie to interesuje. Świat coraz bardziej zachmurzony. Listopad. Ciemno. Deszczowo. Choć akurat wczoraj i dziś trochę słońca było. W sumie wszystko jedno. Dni mijają. Leków nie biorę. Do psychologa nie chodzę. Walczę. Sam. Bo przecież umiem. Podobno. Chyba, że znów staję się balonikiem, w który wkłuwana jest igła. Może dobrze, że powietrza w balkoniku jakby mniej? Trudniej przebić. Z drugiej strony trudno żyć bez powietrza. A jego mniej… Coraz mniej…

Pojutrze mam jechać na spotkanie do mojego rodzinnego miasta. Zaproszony zostałem jako ten, któremu coś się udało. Coś na pewno… Raczej kiedyś niż teraz. Teraz jest swój świat. To już nie są momenty, kiedy jestem na odlocie. W swoim chorym świecie. Nie tu i teraz. Teraz są chwile kiedy mam kontakt z realem. Kompromituję siebie. Kompromituję żonę. Kompromituję dzieci. Są chwile, kiedy wolałbym nie widzieć i nie słyszeć. Mniej bodźców. Mniej okazji do wchodzenia do swojego świata. Ale jestem. Jeszcze jestem. I trwam w swojej chorobie. Nie ma godziny spokojnej głowy. Nie ma miejsca, które by mniej nie rozpraszało. Zło czai się wszędzie. Najbardziej lubię chwile, gdy budzę się w nocy i idę pić colę. Uwielbiam. Może nie chodzi o colę. Może o chwilę, kiedy jeszcze nic mnie nie atakuje. Takie 5 – 10 minut beztroski. Beztroski, której normalnie nie ma… Jest za to ciągła walka. I potworne zmęczenie nią… Czego nikt nie jest w stanie zrozumieć. Bo to bezsens. Przecież. Pewnie gdyby mniej do mnie docierało byłoby łatwiej. A ja czuję więcej… I doskonale mam świadomość co się ze mną dzieje. Źle się dzieje. I nie ma siły, by to zmienić. A przecież na pozór jest ok… Jaki ten pozór bywa złudny.

Jestem alkoholikiem i anorektykiem. Pierwsze – choć na chwilę – wieczorem – pozwala odetchnąć. Choć też nie do końca. Drugie jest symbolem tego, że umiem walczyć. To chyba jedyny przykład pokonania własnej słabości. Kiedyś postanowiłem, że 95 kg to za dużo… Postawiłem cel i go wykonałem… Dziś to jedyny symbol, że jak chcę to mogę… Gdyby teraz mi się nie udało… Byłby dowód, że nie dałem rady… Jak z chorobą. Nie mam siły walczyć. Kiedyś byłem czuły, spokojny, uczuciowy… Choroba wszystko mi zabiera. Jestem nerwowy. Bywam agresywny. Nie czuję potrzeby kontaktu. Wychodzę coraz częściej z tego: tu i teraz… Coraz rzadziej tu jestem. Coraz częściej gdzieś tam… W swojej chorobie.

Szczęście nie ma adresu. Nie ma ulicy. Ani miejsca urodzenia. Smutek też nie… Radość życia i smutek życia. To wszystko rodzi się i trwa… Nie w mieście. Nie na wsi. Tylko w jednym miejscu. Naszej głowie. To w niej rodzi się spokój. I rodzi się agresja. To w niej rodzą się marzenia i rodzi się poczucie, że wszystko już było… Głowa. W którą walę się dziesiątki razy dziennie. Analizując to szczegółowo… Komputer, który programuje i rządzi naszym życiem. Ten mój się zaciął.

Ostatnio ksiądz powiedział w kościele genialne zdanie. Nie sztuką jest kochać Boga. To łatwizna. Bo Bóg jest dobry. Sztuką jest kochać człowieka obok. Bo on popełnia błędy. Idealny nie jest. Sztuką jest te błędy zaakceptować. Przejść nad nimi… Kochać Boga to pestka. Kochać bliźniego to sztuka. A ja mam problem największy z kochaniem samego siebie.

 

7.11.2017 godz. 16.12

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>