pożegnałem się z B….

To banał. Powtarzany po wielokroć. Ale spokój zaczyna i kończy się w głowie. Amen.

Można być najbardziej spokojnym człowiekiem w centrum wielkiego miasta. I najbardziej zalęknionym, zestresowanym i pozbawionym wewnętrznego spokoju w środku najbardziej spokojnego lasu. W weekend robiłem tyle, że… super czas. Tu, tam, to, tamto… Czas rewelacyjny. Byłby, gdyby nie brak spokoju. Wstaję każdego ranka i tylko zastanawiam się, z której strony przyjdzie dziś atak? Który cios mnie powali? Czy jak za pierwszym razem dam radę, to za drugim też? Nie znasz tej chwili, gdy z pozoru łatwa i obeznana myśl, tak w Ciebie trafi, że padniesz na ziemię. Ścięty z nóg…. Jak po ciosie w głowę. Wirtualnym, ale czasem rzeczywistym… Czy dziś będzie to myśl na przykład o głowie i uderzaniu się w nią? To uderzanie to już nie tylko kara. Ale i przedmiot analizy. Walenie się podwójne. Cios, po którym padam.

Czas leczy rany. Dziś byłem w okolicach Uniwersytetu. Odkąd w zasadzie jestem bezrobotny, rzadko tam bywam. Spokój wielkiego miasta. Miejsce wspomnień. Tam chodziliśmy… wprawdzie nie na kremówki, ale też mieliśmy cukiernię, do której w czasie przerwy w zajęciach biegaliśmy na… bajaderkę. Czy wtedy byłem spokojniejszy? Pewnie byłem. Ale też czas leczy… Oddziela wspomnienie od lęku. Wtedy też te głupie myśli były, ale dziś nie pamiętam już jakie… Zostały odrzucone. Zostało tylko czyste wspomnienie. O studiach. O zajęciach. O bajaderce. Wspomnienia są bezpieczne. Bardzo bezpieczne. Czasami aż zanadto bezpieczne. Czasami wydaje się, że gdyby tamten świat przenieść tu i teraz to też byłby taki bezpieczny. Nie byłby. Tego jestem pewien. Bo spokój zaczyna i kończy się w głowie. I nie ma nic wspólnego z czasem i z przestrzenią.

Wczoraj minął tydzień odkąd po raz ostatni byłem u B. Tak poczułem niemal z dnia na dzień. Że to dalej nie ma większego sensu. Mały może i ma… Taki poniedziałek bezpieczeństwa. Chwila uspokojenia. Gwarancja, że można wyciągnąć rękę po pomoc. Ale co poza tym? Poza tym, że minęło około roku, gdy każdego poniedziałku w południe… W lato i zimę. Upał i mróz. I deszcz. Stawałem do apelu. I dawałem radę. Każdego poniedziałku. Gdy było lepiej. Ale i gdy było gorzej. Nie odpuszczałem. Nie uciekałem. Szedłem. Po pomoc. Po ratunek. Wydałem pewnie kilkanaście tysięcy złotych. Co akurat nie miało większego znaczenia, gdy zarabiałem. Ale nabrało, gdy zarabiać przestałem. Choć naprawdę nie w kasie rzecz… Ale w tym, że przestałem czuć, że to mi pomaga. I nie jest to żadna pretensja do B. Byłem pod wielkim wrażeniem, że potrafił co tydzień przez półtorej godziny znajdować takie słowa, które wlewały we mnie nadzieję na spokój. Potrafił dobierać takie słowa, które powodowały, że następnego dnia w większą chęcią chciało mi się wstać z łózka. Wiem. To nie były klasyczne spotkania. W takich nie rozmawia się zapewne o Legii, o Barcelonie, o piłce. Nie przeklina. Nie używa mocnych porównań. Nie nazywa rzeczy aż tak bardzo po imieniu. Ufałem B. I ufam wciąż… Tyle, że od początku miałem do tych naszych spotkań złe nastawienie. Szedłem z nadzieją, że będę inny. Że nie będę mówił – głupia myśl, że nie będę się walił po głowie, że nie będę powtarzał jakiś dziwactw swoim bliskim, że nie będę każdego dnia walczył w swoim wnętrzu z myślami. Tak! Z niczym innym! Z  myślami. Z analizowaniem każdej napotkanej rzeczy. Z powtarzaniem dziesięć albo dwadzieścia razy tego samego… Z rysowaniem i pisaniem na karteczkach jakiś idiotycznych znaków… Tak. Jestem człowiekiem spętanym swoimi myślami. Jestem ich niewolnikiem. Więźniem, który nie ma chwili, gdy czuje się wolny.

Myślałem, że B. mnie z tego wyzwoli. Że da mi wolność. Nie dał. Bo nie mógł.

29.08.2017 godz. 19.05

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>