cisza… kompletna

Nie wiem, ile nie pisałem. Długo. Bardzo długo. Czy coś się zmieniło? Na gorsze? Na lepsze?

Cisza. Ta sama cisza i dwa jakże różne jej oblicza. Jak z życiem. W zależności jak ucho przyłożysz. Jest dobrze albo jest źle. Miałem w te wakacje jedną szczęśliwą chwilę. Gdy pewnej soboty leżałem na ciepłym piasku na plaży w Krynicy Morskiej. Świeciło słońce. Szumiało morze. I tak obłędnie pachniało. Leżałem. Trochę przysypiałem. I w pewnym momencie tej ciszy poczułem: jak jest cudownie. Krótka chwila błogiego spokoju. Jakiej nie pamiętam od dawna. Z wyłączonym całym przeżywaniem wszystkiego… Z wyłączonym analizowaniem. Cisza. Kompletna cisza. Cudowna cisza.

Ale jest i druga cisza. Jak starałem się o pracę… I jak czekałem na telefon, który miał zadzwonić, a nie dzwonił. I też była cisza. Cisza pełna napięcia. Nerwów. Lęku. Ta sama cisza. I nie chodzi przecież o to, by ta pierwsza trwała wiecznie, a tej drugiej nie było nigdy… Bo wiadomo, że to się nie uda. Że w życiu jest miejsce i na jedną, i na drugą ciszę. Byle tylko móc i umieć żyć w ciszy pierwszej i w ciszy drugiej…

I znów to powtarzające się pytanie: czy Ty lubisz? Czy Ty lubisz siebie? Jak można odnajdować się w obu tych ciszach, jak się nie lubi siebie? Jak się lubi tylko kawałek siebie radość będzie tylko w tej jednej ciszy. W drugiej będzie rozpacz. A przecież chodzi o to, by spokojnie żyć. Bez lęków i napięć. Wtedy, gdy cisza jest lekarstwem i wtedy gdy przynosi niepewność. W życiu nie wszystko idzie jak po maśle. Mało co tak idzie. I jeśli będziesz patrzył na siebie, że Ty nie jesteś tym idealnym egzemplarzem człowieka, to nic z tego nie będzie. Bo nie jesteś idealny. Bo walisz się po głowie. Bo idziesz ulicą i kopiesz się po nogach. Bo analizujesz budowę spodni i ktoś się pyta: a co Twój mąż teraz robi? No robi… Coś dziwnego. I co z tego? Możesz wziąć garść kamieni i w niego rzucić. Bo Ty jesteś święta. I nic złego i głupiego nie robisz. Weź i rzuć. Bo nie jestem idealny. I czuję się gorszy. Od Ciebie. Od Ciebie. Od Ciebie. I od Ciebie też… Bo tak mnie wychowano? Bo nie umiem języków obcych? Bo nie umiem pływać? Bo pierwszy raz za granicę wyjechałem mając ponad 20 lat… Bo… Bo… Tak. Jestem do niczego. A teraz zwłaszcza. PAN NIKT. W tamten poniedziałek minęła pierwsza rocznica mojej śmierci…. Zawodowej śmierci. Wtedy zrobiłem ostatnią rzecz, która dała mi zawodową satysfakcję. Przez ten rok nie zbliżyłem się do tego. I nie widzę nadziei, by się zbliżyć. Wiem… To też moja wina. Bo to ja muszę poczuć swoje miejsce. Odnaleźć je na nowo. Nie umiem. Nie chcę. Nie daję rady. Zamykam się w skrzyżowanych ramionach. Odgrodzony. Zabunkrowany. We własnej skorupie.

Jak ją opuścić? Jak z niej wyjść? Ten tydzień nie da takiej szansy. Tydzień znów samotnego bycia sam ze sobą. I  stałego odgradzania się. Kiedyś to był dwa. Trzy dni. Teraz już tydzień. Nakłuwania. Ile wytrzyma? Zamknięty. Samotny. PAN NIKT… Nieżyjący… Czy kiedyś jeszcze się narodzi? Ta radość… Ta błoga… cudowna cisza?

8.08.2017  godz. 16.08

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>