ściśnięty jak w imadle…

25 lat temu… Prawi dokładnie, bo jutro… Otwarto w Warszawie pierwszego Mc Donalda… Wiem, bo byłem. Na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. W Sezamie. Smakowało jak nigdy… wcześniej ani nigdy później. Świat, który w pewnym sensie stał się moim przekleństwem. A 20 lat temu, dokładnie, dziś, pokazano w telewizji pierwszy odcinek „Klanu”. Historia równoległa naszego życia. „Klan” wciąż trwa. Mc Donalda w tamtym miejscu już nie ma… Jest obok…

Nie można żyć ze złością ani tym bardziej z nienawiścią. Z pragnieniem rewanżu. Że jak ty mi tak, to i ja Tobie… To mi obce, choć momentami się pojawia… Wiem, że to koniec. Tak być nie może… To gorsze, niż cokolwiek. Nie lubić zamiast lubić. Źle mi z tym potwornie, ale coraz częściej łapię się na tym, że tak czuję. Może to nie nienawiść, ale złość… Ale żal… Ale to coś, co rozgranicza, a nie łączy. Wiem, że tak nie chcę… Ale nie wiem też co chcę. Wiem, że tak jest źle. Ale nie wiem, jak może być dobrze. Czas. Odległość. Nie leczą ran… Ale je zaogniają. I budzą wyobraźnie coraz bardziej zazdrosną i zaborczą. Coraz bardziej chorą. Subiektywnie nic się nie dzieje. O przepraszam… Obiektywnie wszystko jest w porządku. Ale subiektywnie jest ból. A moje… A nasze… Życie jest niczym innym jak subiektywnym przeżywaniem radości i smutków. Nie posługujemy się akademickim podręcznikiem. 100 sposobów, jak się nie bać… 1000 sposobów jak sobie radzić z lękiem.. 1000000 rad na samotność i poczucie opuszczenia… Na stawianie czoła przeciwnościom każdego dnia… Nie jestem takim sposobem na życie. Żyję jak chcę? Może bardziej jak umiem… Jak daję radę…

Ostatnio było o balonikach… Nakłuwanych. Które w każdej niespodziewanej chwili mogą pęknąć. I już nic ich nie poskleja. Mój tata miał warsztat, a w nim rozmaite stolarskie narzędzia. Kiedyś nawet siekierą przeciąłem sobie rękę. Ślad mam do dziś… W tym warsztacie, zwanym komórką były też imadła. Brało się na przykład kawałek drewna i wsadzało w imadło. Między dwie metalowe części… A potem kręciło się takim uchwytem i te metalowe części albo się zaciskały albo luzowały… A w środku drewienko… Raz ściśnięte bardziej… Innym razem mniej… Raz tak mocno, że aż pozostawały ślady… A innym razem jeszcze mocniej, tak mocniej, że aż drewienko pękało… I zawsze był ktoś, kto to robił. Kto kręcił tą korbką i to drewienko ściskał.

Niemal każdego dnia tak się właśnie czuję. Jak to coś włożone do imadła… Już przychodzi chwila odprężenia… Może nawet chwila na jakże rzadko goszczący uśmiech. Może moment wytchnienia. Chwila. Moment. Ale po nich znów ktoś mocniej zaciska uchwyty. Ktoś z każdej strony. I znów się kurczę. Znów się zgniatam. Znów czuję strach. Lęk. Ból. A potem ponownie chwila odpoczynku. Ale groźba jest zawsze. Że ten uchwyt znów się zaciśnie. Że znów będę się bał. Że znów przyjdzie cierpienie. Jak to długo trwa to nawet nie trzeba chwytać tego uchwytu. Nie trzeba przykręcać śrubki. Wystarczy nieodwołalna groźba. Że to przyjdzie. Jutro? Pojutrze? Za tydzień… Przyjdzie. To wisi jak toporek… Nawet nie zawsze trzeba go używać. Czy muszę żyć w tym strachu? Czy muszę się zamykać? Czy muszę żyć z żalem a nawet ze złością? Nie wiem. Jak imadło puszcza wydaje się, że jest ok… No cóż… Idealnie być nie może. Ale po chwili znów imadło się zaciska… Nie. Dłużej nie wytrzymam. Ale co na to Pan Bóg?

16.06.2017  godz. 18.14

Sensu brak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>