a pływać nie umiem…

Zrezygnowanie. Generalnie. Wszystko do niczego… Do B. szedłem wczoraj też z takim nastawieniem. Że to już nie ma sensu. Że nie chce mi się słuchać tych samych formułek, które nijak nie przekładają się na to, co czuję i jak mi jest… A ja idąc co tydzień staram się przynieść jakąś myszkę jak kotek, by został pochwalony… Że jest ok, że wszystko idzie w dobrą stronę… Że daję radę. Że jestem dzielny.

Nie jestem. Nie daję. A na pewno nie tak, jak bym chciał…

I B. mnie zastrzelił. Zapytał na początku, czy zadaję sobie pytanie, po co do niego przychodzę. I jaka jest moja odpowiedź. Skąd wiedział, że to mnie właśnie nurtuje? Wyrzuciłem z siebie wszystko…. Że nie jest tak, jakbym oczekiwał… I chciał. Że spodziewałem się czegoś innego. Że czuję się jak królik doświadczalny w psychologii, co naukowo może i daje radę, ale dla samego siebie rady nie daje… Że nie mam już siły. Że tego wszystkiego na raz jest za dużo… Że może z jedną rzeczą bym walczył… Ale z kilkoma… to nie mam siły. Naprawdę. Brak pracy. Brak sensownego zawodowego wyzwania i docenienia. Do tego te wyjazdy Moniki. Które mnie wykańczają. I sprawiają, że jestem jak zamknięty żółw w swojej twardej skorupie. Mija dzień za dniem, a mnie jakby w żadnym z tych dni nie było… Jak ten ponakłuwany balonik… Który w każdej chwili może pęknąć. Nie daję rady. Do tego moje natręctwa, które moich bliskich wykańczają. A przecież to jak nic jedno wypływa z drugiego. Lęk i strach. To stres i uciekanie w swoje analizy. To walenie się po głowie. To coraz bardziej idiotyczny świat. Świat mojej głowy. Bywa że największą radością dnia jest to… że po kilkunastu godzinach on się skończy. Oczywiście są chwile lepsze… Są chwile gorsze… Ale tych gorszych wciąż jest za dużo… Poza tym to zniechęcenie. Kiedyś cierpiałem, ale widziałem szansę na ratunek. Że pójdę po pomoc… I ta pomoc nadejdzie… A dziś już tego nie ma… Przecież poszedłem po pomoc… Przecież się leczę… I co z tego? I nic… Nawet jedna z tych rzeczy, która zawsze mnie cieszyła i pociągała dziś jest już tylko smutnym wspomnieniem…

Co czuję, gdy to mówię? Ulgę… Na chwilę pewnie tak… Na dłużej? Pewnie nie…  Zdaniem B. jestem jak dziecko… Albo zbite i proszące… Albo wciąż się obrażające… Nigdy na równi z kimś… Zawsze pod albo nad… Albo słaby i płaczący albo z poczuciem moralnej wyższości, gdy dziecko stanie się ofiarą… I ma prawo tą ofiarą się czuć (patrz – skradziony samochód).  Co robić? Przyglądać się sobie? Przyglądać się temu co czuję? Przyglądać się temu, jak mi jest, jak coś się dzieje? I jak mi jest, gdy tego nie ma… Łatwe? Może i łatwe.  Tyle, że pojawia od razu pytanie… I co mi to da? Co mi da, jak przyjrzę się sobie i stwierdzę: tak nie chcę. Tak mi jest źle. Tak dłużej nie dam rady. Tak to czuję. I nic nie poradzę. Że to nie jest męskie. W dupie mam czy to jest męskie czy nie… Mam to w dupie. Nie jestem całym światem. Nie jest jakąś obiektywną prawdą. Jestem jaki jestem. Ja…. To ja!!!! I co mi po tym, jak sobie to powiem? Gówno… Nic! Bo świat się wciąż kręci, a ja wypadam z tego koła…  Kula u nogi i Wisła. A pływać nie umiem.

6.06.2017  godz. 17.30

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>