dobre dni…

Nie pisałem prawie miesiąc. Nie czułem potrzeby? Często nie czułem. Nieraz czułem, ale nawet to mnie przerastało… Jakie to były cztery tygodnie? Jak zwykle bardzo różne… Ale dominowała samotność. Taka wewnętrzna. Przez trzy tygodnie nie byłem nawet u B. I nawet się zastanawiałem, czy także to ma jeszcze sens. Tak jak wcześniej takie spotkania były ładowaniem akumulatora… Tak ostatnio niespecjalnie. To nie był najlepszy czas. Choć było kilka momentów dobrych. I teraz o nich…

1. Były dwa bardzo dobre dni. Jeden, gdy pewnego wtorkowego ranka obudziłem się… Wyszedłem przed dom i … nie zobaczyłem naszego samochodu. O 5.32 został ukradziony. Sprzed samego domu. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Obiektywnie – powód do załamania. Oprócz rozmaitych problemów jeszcze coś takiego… Chyba tłuste lata się skończyły i nadeszły chude. Gdzie się nie obejrzysz – dupa. To dlaczego to jeden z tych dobrych dni? Nie zastanawiałem się aż do ostatniego poniedziałku, gdy po przerwie znów poszedłem do B. I o tym rozmawialiśmy. To, że mnie bardziej wytrącają z równowagi moje wewnętrzne problemy, a nie te rzeczywiste wiedziałem już wcześniej. To o co chodzi z tym samochodem? Dwa aspekty. Po pierwsze syndrom ofiary. Sprzedać newsa o kradzieży samochodu i usłyszeć wyrazy współczucia. Jaki to jesteś biedny… Jaka szkoda… Jak przykro… Już nie muszę sam z siebie robić przed sobą ofiary. Ofiarą właśnie się stałem. Już nie muszę wymyślać dlaczego dziś jest mi źle… Bo analizuję spodnie. Bo analizuję budowę ściany… Bo coś… Bo coś… Mnie to wykańcza, a ktoś z boku tego nie rozumie. Jak można walić się po głowie, bo nie jest się w stanie ocenić czy okno czy wnęka jest ważniejsza. Dla mnie to problem. Dla kogoś z boku – absurd. No to teraz już nie ma absurdu. Jest konkret. Konkret w postaci skradzionego samochodu, który załamałby nawet tego kogoś z boku… Już nie muszę dorabiać żadnej ideologii. Jest źle, bo jest źle. Już nie muszę się walić po głowie i karać, bo właśnie zostałem ukarany. Ja to wiem. Inni to wiedzą. Tylko, że mnie to paradoksalnie wzmacnia, a nie osłabia. Nawet mimo tego, że nie będę miał samochodu. Że będę jeździł rowerem albo autobusem. Trudno.

I drugi aspekt. Ulga. Że co? Ano że to, że nie było niemal dnia, by wchodząc do samochodu nie wygłaszał jakiejś litanii głupot… A to o tym… A to o tym… I gadał o tym swoim bliskim, których to denerwowało. No to już tego nie będzie. Bo nie ma samochodu. Sprawa się rozwiązała. Ulga. Choć z drugiej strony, może niebawem trzeba będzie kupić nowy. I znów… Wybór. Znów analizowanie. Znów opis każdej części… Póki co przerastające.

I taki był ten jeden dobry dzień. A drugi?

2. Pierwsza Komunią Św. syna… Fajnie wszystko wyszło. Fajnie przeczytał. Fajnie powiedział. Rodzinne spotkanie bardzo sympatyczne. Bardzo dobry dzień. Bardzo. Dla mnie może jeszcze z jednego powodu. W czasie mszy wygłaszaliśmy okolicznościowe przemówienie. Nie takie z książki według szablonu. Sam je napisałem. Wiedziałem, że jest dobre. Czasem zabawne… Czasem wzruszające… Wtedy, gdy mówiłem o mamie i tacie dających przykład wiary. Najważniejsze jednak, że przed tę chwilę oczy ludzi były zwrócone na mnie… Tak, jak przez lata pracy. Wartościowość i bezwartościowość. Każdy dzień to czyn i jego ocena. Nie za miesiąc. Tu i teraz. Weryfikacja. Najczęściej pozytywna. Akcja. Reakcja. A ostatnio… nic. Bezproduktywność. Bezwartościowość. Dlatego nawet jaki prosty czyn, jak ta mowa w kościele była ważna. Akcja. Reakcja. Satysfakcja. Coś co napędza. Choć z drugiej strony też w jakimś stopniu stresuje. Jak więc znaleźć ten złoty środek?

I to były te dwa dni dobre. Takie namacalnie dobre.

17.05.2017  godz. 9.00

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>