kultura lęku…

W czwartek miałem urodziny. Kiedyś wydawało mi się, że człowiek który ma 46 lat jest bardzo stary. Bardzo dorosły i bardzo poważny. Wszystko: bardzo. Dziś, gdy sam mam tyle lat, o dziwo tego nie czuję. O dziwo, bo często sam mówię o sobie, że jestem stary… I nic mi się już nie chce.

To miał być ten dzień. Dzień wolny od nałogu natręctw. Udało się? Prawie tak… Tylko co z tego, skoro potem, niczym efekt jojo przy odchudzaniu, przyszły gorsze dni… Może nie złe, ale gorsze.

Dziś poniedziałek, więc byłem u B. Miałem zadane zadanie domowe. Napisać pięć rzeczy, które chciałbym zrobić w swoim życiu. W ciągu roku… W ciągu dwóch lat… I w ciągu pięciu lat. W sumie piętnaście celów do zrealizowania. Nie napisałem ani jednego. To paradoks może, że tak jak będąc w czwartej klasie podstawówki już wiedziałem co chcę robić w życiu i kim być, tak teraz, mając 46 lat, nie mając w zasadzie pracy, będąc w sytuacji jakiej jeszcze nigdy nie byłem… To ja teraz kompletnie nie wiem… Nie wiem co… Nie wiem jak… A dzień za dniem mija. I ja nie wiem… Co chcę robić? Jak chcę spędzić dalsze życie? Czekając na powrót? Zmieniając wszystko?  Może i nawet są jakieś myśli wybiegające wprzód, ale dotyczą one dzieci, a nie mnie samego… Nie mam marzeń. I wiem, że to straszne.

Wydawać by się mogło, że po półtora roku chodzenia tydzień w tydzień do B. już wszystko słyszałem i wszystkiego się na swój temat dowiedziałem. Błąd. Gdy dziś mówiłem o swoich marzeniach, a w zasadzie o ich braku… Usłyszałem coś, co trafiło w punkt. Że ja nie wiem, co chcę… Ale dokładnie wiem, czego nie chcę… I na tym cała moja uwaga… Cały mój życiowy cel się koncentruje… Co z tego, że postanowię wybudować nowy dom? Co z tego, że wymarzę sobie cud samochód? Co z tego, że się zaprę i zrobię doktorat z angielskiego… Albo że opłynę dookoła świat… Nic z tego, jeśli każdej tej chwili towarzyszyć będzie lęk. I natręctwo. I walenie się po głowie… I analizowanie czegokolwiek… A taki jest mój świat. Świat lęku, który jest przed wszystkim… I on ma pozycję dominującą. Dziś jest lękiem o to, że może mam raka… Jutro o to, że Monika gdzieś jedzie… Innym razem o to, że nie mam pracy… Albo, że nie zarabiam pieniędzy. To w zasadzie nie ma znaczenia…. Jest miejsce na lęk, a w to miejsce można wpisać dowolne słowo. I ja się w tym lęku wychowałem. Nie graj w piłkę, bo… się spocisz. Nie biegaj, bo się przewrócisz… Nie pojedziesz na koncert Lady Pank do Warszawy, bo ci się coś stanie… Wszędzie strach i lęk. O wszystkie choroby, które mogą nas nawiedzić… O wszystkie kataklizmy świata, które mogą nas dotknąć. Zero zaufania. Do świata. Do ludzi. Do mnie. Jedynym wymaganiem mi stawianym było… bym nie był kłopotliwym dzieckiem. Bym był, ale nie sprawiał  żadnych problemów. To nie sprawiałem. Tylko żyłem w tej kulturze lęku. O wszystko i o wszystkich.

I w tym lęku żyję nadal… Tylko opis tego lęku się zmienia. I dostosowuje do aktualnej potrzeby chwili…

13.03.2017  godz. 21.51

1 komentarz

  1. ~optymistka?

    Jak ja dobrze znam tę „kulturę lęku”. I z marzeniami też mam problem :(

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>