tu i teraz…

Jak minął tydzień? To pytanie słyszę co poniedziałek w południe od B. No jak minął? W zasadzie normalnie. Bez większych zmian. Ale przecież coś trzeba powiedzieć. Powiedzieć sensownego. Ale i prawdziwego zarazem. No więc mówię, że w porównaniu z tym, co było rok czy 1,5 roku temu jest lepiej. Znacznie lepiej. Ale w porównaniu z tym, co było kilka tygodni temu to jest gorzej. Takie falowanie i spadanie. I coraz to nowe obciążenie. Adaptacja do nowego. Są chwile naprawdę słabe, gdy wydaje mi się, że nie mam już siły do podejmowania walki. To regres – słyszę od B. Ale za chwilę to mija i przychodzą chwile lepsze. Gdy sił jest więcej. Bo ja nauczyłem się już mieć tych sił do walki więcej. Zasmakowałem już w tym spokojniejszym byciu. Wiem, jak to jest spokojniej żyć. I dlatego chwile niepokoju bywają teraz takie trudne. Wcześniej cały czas było źle. Więc lepszych chwil od gorszych nie odróżniałem. Teraz już wiem, że może być lepiej. Dlatego te chwile, gdy jest gorzej tak mnie denerwują i męczą. I wydają się być silniejsze ode mnie.

Regres. Ale to jest tak jak z nauką jazdy na nartach. Jeśli  po roku niejeżdżenia stajesz na stoku może wydawać Ci się, że nie dasz rady… Ale po chwili dajesz. Bo Ty umiesz jeździć. Nauczyłeś się kilka lat temu. Wiesz jak zakręcać. Jak hamować. Jak omijać przeszkody. Ok. Będą chwile trudniejsze, ale tego czego się nauczyłeś nikt Ci nie zabierze. To jest Twoje. Twój kapitał. Twoje zasoby, z których możesz czerpać i do których możesz się odwoływać, gdy pojawi się jakaś mulda czy inna przeszkoda. Wtedy stajesz w prawdzie przed sobą. Jesteś w stanie pokonać tę przeszkodę? Jestem. Bo umiem jeździć. I w tym wypadku – tym moim, z opisywaniem świata, jest podobnie. Gdy przychodzi trudny moment mam wrażenie, że już nie dam rady. Że nie mogę. Że to za dużo. Praca. A raczej brak pracy. Wyjazd. To są jak głazy, które na mnie spadają. Nie mam siły ich ponieść. Więc uciekam. Uciekam w swój świat. Tysiąca myśli. Setek analiz. Walenia się po głowie. Gadania do siebie. Gadania do innych. Jakiś dziwnych odruchów. I nie jestem w stanie nad tym zapanować.

Znowu jestem czubkiem. Czubkiem w samotności. Żyjącym w swoim świecie. I nawet jak wokół mnie są ludzie ja… jestem sam. I nawet, jak coś robię, jestem wciąż sam… Sam na sam ze swoimi myślami. Zdarza się, że mogę przejechać kilometry samochodem i nie wiem, jak to zrobiłem. Co mijałem. Kogo widziałem. Bo jechałem na autopilocie. Pochłonięty analizowaniem podniebienia albo jakiejś części w samochodzie. Jestem. A jakby mnie nie było. Gdzieś obok. Gdzieś daleko. Obcy. Nieczujący. Daleki zamiast bliski. Ile rzeczy robiłem (i jeszcze nadal robię) na takim autopilocie. Będąc zaszytym w swoim świecie. Świecie, który z jednej strony mnie jakoś chroni. Ale z drugiej niszczy. Bo ja bym wolał być TU I TERAZ. Nie gdzieś tam. Nie gdzieś pomiędzy. Zawieszony nie wiadomo gdzie. Atakowany przez setki bodźców (to dlatego nie lubię ostatnio centrów handlowych – za dużo bodźców).

Co więc robić. Jak wyjść ze swojego świata? Jak żyć tylko TU I TERAZ?

25.01.2017 godz. 9.12

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>